Zakopywanie w piasku aż po głowę jest jedną z zabaw, które moje dzieci uwielbiają. Cel zabawy – odkopać się samodzielnie poruszajac samym ciałem. Im solidniej dziecko zostało zakopane, tym więcej pracy musi wykonać, by się wydostać spod piasku. Dlatego zakopywaniu wtórują głosy: więcej piachu, jeszcze tu, przynieś mokry piach, tu uklep, tam nie przyklepuj, bo łatwiej wyjść itd..Odkopywaniu towarzyszy najczęściej nagrywanie aparatem komórkowym.

Jest to świetna zabawa sensoryczna i psychoruchowa, uaktywnia różnorodne sfery dziecięcego mózgu i całego ciała.

Gdy to ja jestem zakopywaczem, staram się skrupulatnie wykonywać polecenie zakopywanego dziecka, męczę się nawet fizycznie. Tak wyglądam, do tego daję dostęp otoczeniu. Jednoczesnie towarzyszy mi wspomnienie  aktu pogrzebu, chowania trumny do ziemi, w sposób naturalistyczny łaczę się z wydarzeniami z przeszłości i pamiętam o przyszłości. Ksiądz Henryk Paprocki 1 w eseju pt. „Ile trwają wieczne męki?”  2stwierdził, iż Chrystus poniósł straszliwą klęskę empiryczną, dając nadzieję pozaempiryczną. Pisząc to zdanie od razu informuję, iż interesuje mnie chrześcijańska perspektywa widzenia człowieka i jego życia. To ona mnie kształtowała, tworzyła i nadawała sensy decyzjom, działaniom, samym myślom. Czy mogłabym rosnąć jako drzewo obok drzewa muzułmańskiego, agnostycznego, hinduskiego, teistycznego, judaistycznego, drzewa odrzucającego religie na rzecz rozumu, empirii? Tak. Wydaje mi się, że żyję w takim świecie. Urodziłam się w połnocno-wschodniej Polsce i odczuwam tu pogranicze również w sferze duchowości ludzkiej, szczególnie dziś, w Polsce pozaborowej i postkomunistycznej, w Polsce, która przejawia aspiracje przynależenia do Zachodu Europy i Ameryki Północnej, gdzie przenikają się, stykają prądy myślowe negujące tą nadzieję pozaempiryczną, która daje wiele religii z tymi, które bronią jej zaciekle, dodatkowo we własnym wariancie niekoniecznie przefiltorwanym przez własne doswiadcznie duchowe, a zwyczajowo wyssanym z mlekiem matki. Na to wszystko nakładają się również style wychowania, ograniczenia klasowe, finansowe.

Gdzie jestem w tym wszystkim? Często się gubię. Chyba nawet częściej. Nie pasuje mi zachodnia pop-euforia bożonarodzeniowa z jej symbolem w postaci Mikołaja z Laponii, wg mnie to twór pozbawiony sensu, poniżający samą istotę święta, które mieści w sobie nie tylko radość. Ikona Bożego Narodzenia przedstawia ten sens w całym swoim spektrum. Z drugiej strony dostrzegam emanowanie wyższością tych chrześcijan, którzy biegli są w praktyce religijnej, ich zamknięcie i nieufność wobec innych, ich niestety płytkość osądów, z których wynika samowykluczanie społeczne, a może to nie płytkość osądów, może metoda utrzymania wizji świata, która daje bezpieczeństwo za cenę stałej kontroli…?

Swiatu zachodniemu brakuje ikony wschodniej (obrazu powstałego w Biznacjum, który przetrwał w swym plastycznym języku w prawosławiu), i nic nowego tu nie mówię. Swiadczy o tym mnóstwo powstałych w ciągu 20 lat szkoł i warsztatów ikonopisarskich, zainicjowanych przez rzymokatolików w Europie Zachodniej, Stanach Zjednoczonych i w Polsce. A jednak to co nazywa się renesansem ikony jest w moim odczuciu, regresem – regresem, który polega na kopiowaniu czyjegoś doswiadczenia w jakiś nieświadomie desperacki sposób. Nie mówię tu o jednostkowym doswiadczeniu, szanuję je, nie neguję go. Mam na myśli ogólną tendecję. Chce mi się aż zapytać: „po co?” i „dlaczego?”   Co znaczy zrozumieć prawosławie? Co to w ogóle Wschód w kulturze? I czy da się go poczuć, zrozumieć, po setkach lat wielu osiagnięć Zachodu w sferze filozofii, psychologii, estetyki, prawodawstwa, polityki, podczas, gdy wschodnie chrześcijaństwo stawało sie karykaturalne (w rosyjskim wydaniu), było unicestwiane (komunizm, agresja turecka)? Czy istnieje coś takiego jak dusza narodu?

A dziecko siliło się na wydostanie z piasku..

Radość z podniesienia się i stanięcia prosto na własnych nogach, którą ono emanuje tuż po wysiłku, należy do jednych z najpiekniejszych, jakie noszę w swej pamieci.