Dziś Chrystus ukazał się swoim uczniom w drodze do Emaus. Nie poznali go, szli z nim, opowiadając z zalewającym ich żalem, że liczyli na wyzwolenie izraelitów spod jarzma rzymskiego. A tu totalna porażka. Rewolucjonista, który spokojnie dał się ukrzyżować. Odpowiedzią na to było trzykrotne piotrowe:

” Nie znam tego człowieka”, aż kogut zapiał trzy razy. Nie była to odpowiedz butna, lecz pełna samotności i lęku.

” W domu Ojcego mego jest wiele pokoi. Idę przygotować Wam miejsce ” – przed męką i śmiercią zapowiedział Chrystus. To zupełnie inna narracja niż ta, której z takim wyczekiwaniem pragnęli Żydzi. Być w niewoli u Rzymian przypominało bycie w niewoli w Egipcie, z której Mojżesz ich wyprowadził. Chrystus zaś opowiada jakieś ” abstrakcje” i umiera zhańbiony na krzyżu.

No więc, idą do Emaus, właściwie bez celu, ich sens i cel został w grobie ich nauczyciela, mimo że już kobiety im powiedziały, w przerażeniu, że nie ma ciała Chrystusa. Gdy ktoś traci nagle tak wiele, dokładnie w tydzień, od wielkiej nadziei podczas wjazdu Chrystusa do Jerozolimy na osiołku, po Krzyż na Golgocie i martwe ciało przywódcy wystawione na pośmiewisko, może czuć taki ból, iż nie jest w stanie odbierać rzeczywistości w zwykłym natężeniu, jest w swoim świecie, w którym energia płynie wewnątrz, by unieść ciężar bólu.

Uczniowie czuli, jak ich serca się budzą (energia zmienia swój bieg, dociera do serca, ogrzewa) podczas rozmowy ze zmartwychwstałym Chrystusem, ale nie mogli go poznać. Być może dlatego, że On nie był ten sam, że On wrócił ze świata, którego nasze zmysły nie są w stanie rozkodować. I być może dlatego, że oni przestali szukać Go, pragnąć Go.

A jednak nalegali, by został z nimi na noc.

Nie chciał, lecz się zgodził.

Ciekawe, dlaczego nie chciał? Może z tego samego powodu, z jakiego Marii Magdalenie powiedział w ogrodzie: nie dotykaj mnie?

A jednak podczas łamania chleba, w trakcie kolacji, zasłona opadła. Uczniowie poznali go w mgnieniu oka. Po czym zniknął im z oczu.

W Wielki Czwartek zapowiedział Eucharystię jako bezpośrednie obcowanie z Nim po jego śmierci i zmartwychwstaniu. I w tym łamaniu chleba musiała być Jego cielesno-duchowa energia, którą oni znali, która była im tak bliska, że żadne kłamstwo nie było w stanie zaćmić jej światła.

W analizie tego wydarzenia chcę dotknąć czegoś bardzo ludzkiego – mechanizmu obronnego, który uruchamia się, gdy rzeczywistość staje się zbyt ciężka do uniesienia.

Uczniowie w drodze do Emaus to ludzie, których system miał prawo „przeciążyć się” od nadmiaru bodźców: od euforii wjazdu do Jerozolimy, przez szok zdrady, po traumę egzekucji lidera.

Do tego Chrystus nie narzuca swojej obecności. Czeka na zaproszenie. To uczniowie musieli poczuć potrzebę: „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi”. To moment, w którym ich własna wola zaczyna wychodzić z odrętwienia żałoby.

Mamy tu chyba do czynienia z inną gęstością istnienia: po zmartwychwstaniu Chrystus nie należy już do porządku „starego świata” niewoli i rzymskiego jarzma. Jego niechęć do bycia „zatrzymanym” może wynikać z tego, że Jego misją nie jest już bycie fizycznym liderem, lecz kimś, kto otwiera te „wiele pokoi” w domu Ojca. On jest w ruchu, jest przejściem (Paschą).

To ciekawe, że uczniowie nie poznali Go po twarzy, głosie czy ranach, ale po gestach. Zupełnie nie wiadomo jaki im się objawił. Rozpoznali Go natomiast w Jego cielesno-duchowej energii: łamanie chleba to konkret. To coś, co wymaga rąk, dotyku, podania drugiemu człowiekowi. W tym geście zawarta była cała prawda o Nim – o dawaniu siebie bez reszty. I nagle, gdy zasłona opadła, On zniknął. To może sugerować, że cel drogi do Emaus został osiągnięty: ich wewnętrzny świat (serca, które „pałały”) zsynchronizował się z prawdą o Jego zmartwychwstaniu. Nie potrzebowali już widzieć Go oczami, bo „poczuli” Go wewnątrz.

Żydzi czekali na wyzwolenie „tu i teraz”, na naprawienie świata zewnętrznego. Chrystus tymczasem budował architekturę wewnętrzną – miejsce w „domu Ojca”, które jest nienaruszalne przez żadne ziemskie imperium.

Piotrowe „Nie znam tego człowieka” brzmi jak słowa kogoś, czyj świat się zawalił. W drodze do Emaus ten zawalony świat zostaje odbudowany, ale na zupełnie innym fundamencie – nie na politycznej sile, ale na rozpoznaniu obecności w najprostszych czynnościach, jak łamanie chleba w ciszy wieczoru.

To moment, w którym prawda staje się bezdyskusyjna, bo zostaje przeżyta, a nie tylko usłyszana.

Pesach (Pascha) to jedno z najważniejszych i najstarszych świąt żydowskich, nazywane również Świętem Przaśników lub Świętem Wolności. Upamiętnia ono wyjście Izraelitów z niewoli egipskiej pod wodzą Mojżesza.

Słowo Pesach pochodzi od hebrajskiego czasownika oznaczającego „ominąć” lub „przejść nad”. Nawiązuje to do dziesiątej plagi egipskiej (śmierci pierworodnych), kiedy to niszczycielska siła „ominęła” domy Izraelitów oznaczone krwią baranka na odrzwiach.

Święto celebruje przejście ze stanu niewoli do wolności. Dla Żydów nie jest to tylko wspomnienie historyczne, ale wydarzenie, które każdy powinien przeżywać osobiście – tak, jakby to on sam wychodził z Egiptu. Święto rozpoczyna się uroczystą kolacją (seder). Podczas niej czytana jest Haggada (opowieść o wyjściu z Egiptu), pije się cztery kielichy wina i spożywa symboliczne potrawy (np. gorzkie zioła symbolizujące trudy niewoli).

Przez cały czas trwania święta (7 lub 8 dni) nie wolno spożywać chleba na zakwasie ani żadnych produktów, które fermentowały (chamec). Je się macę – przaśny chleb, który przypomina o tym, że Izraelici uciekali z Egiptu w takim pośpiechu, że ich ciasto nie zdążyło wyrosnąć. Przed świętem tradycyjnie dokonuje się wielkich porządków, by w domu nie pozostał nawet okruch chleba na zakwasie.

To właśnie podczas święta Pesach odbyła się Ostatnia Wieczerza. Chrześcijańska Wielkanoc i Eucharystia są bezpośrednio zakorzenione w żydowskiej Pasce – Chrystus jest w tej narracji interpretowany jako „Baranek Paschalny”, którego ofiara wyprowadza ludzkość z niewoli grzechu i śmierci do nowego życia.

Pesach jest tłem drogi do Emaus, które nadaje sens „łamaniu chleba” – to był ten sam chleb (maca), który jedli wychodząc z Egiptu, a który w rękach Chrystusa stał się znakiem nowej obecności.

Nowe Pesah to krew Baranka Bożego na krzyżu, który wskazuje na cztery strony świata, oraz na dół i górę, oraz śmierć najbardziej haniebna przeznaczona dla największych złoczyńców- jako połączenie największej czystości z największą ludzką ohydą, i słowa Chrystusa do łotra po prawej „Jeszcze dziś będziesz ze mną w raju”. To wszystko to Pesah dla wszystkich. Jedyny warunek – trzeba chcieć w nim uczestniczyć.

Jest to Pascha Totalna. Przekroczenie pierwotnego znaczenia tego święta, gdzie krew baranka na odrzwiach chroniła tylko „swoich”, na rzecz znaku, który obejmuje cały horyzont ludzkiego doświadczenia.

Krzyż ma wymiar kosmiczny, przestaje być tylko narzędziem egzekucji, a staje się nowym punktem orientacyjnym: jest zaproszeniem dla każdego człowieka, bez względu na pochodzenie, kulturę czy historię oraz połączeniem sacrum z najgłębszą otchłanią ludzkiego upadku.

Śmierć zarezerwowana dla złoczyńców staje się miejscem, w którym Bóg „dotyka” tego, co w człowieku najbardziej pęknięte, brudne i odrzucone. To właśnie tam, w tym granicznym punkcie, dokonuje się Nowe Pesach: w starym porządku krew baranka była tarczą, w nowym– śmierć Chrystusa jest mostem. Słowa skierowane do Dobrego Łotra to manifest tej nowej wolności, w Nowym Pesah nie liczy się „zasługa” , może natomiast wystarczyć ten jeden moment, w którym człowiek zapragnie uczestniczyć w tej obecności. Łotr nie miał czasu na rytuały, na obmycia, na naprawienie swojego życia. Miał tylko pragnienie, by zostać „zapamiętanym”. To przejście (Pascha) z lęku („Nie znam tego człowieka”) do ufności („Pamiętaj o mnie”). W tej narracji śmierć nie jest porażką, ale ostatecznym otwarciem drzwi, których nikt już nie może zamknąć. Nowe Pesach to nie religijny obowiązek, ale przestrzeń, w której „złoczyńca” i „sprawiedliwy” mogą spotkać się w tym samym świetle.

Czy można przenieść ten wspólny marsz Chrystusa z uczniami do Emaus na grunt relacji? Myślę, że tak. Bywają takie etapy w relacji, gdy idziemy obok siebie, po stracie złudzeń, że ktoś będzie takim, jakim byśmy chcieli, by był i nie możemy go nazwać po imieniu. „Nazwać po imieniu” to znaczy ujrzeć „swojego ukochanego, swojego najbliższego”. Nie możemy go nazwać, bo jest tak inny i to budzi dystans, a nawet lęk. Nasze serca „się poruszają” w jego obecności, ale nasze umysły, mimo że otwarte na rozmowę, poznawanie, nie mają połączenia z sercem. A jednak zależy nam, by zostać razem, chociaż na kolację. Siadamy wspólnie i nagle po przez wspólne tak bliskie i znajome nam gesty jak jedzenie – dociera do nas, że to nasz ukochany, najbliższy, że nie ma takiego drugiego, kto właśnie tak podaje widelec, w rytuale posiłku, w prostym geście, odnalazł się On, który był już wcześniej, ale z powodu bólu wynikającego z zawiedzenia naszych oczekiwań, nie byliśmy w stanie uznać, że On ten najbliższy jest „Inny”, jak każdy z nas jest „inny” wobec siebie nawzajem, a jednocześnie może być najbliższy. Jest to obraz odrodzenia więzi po kryzysie rozczarowania, moment, w którym „umiera” nasze wyobrażenie o partnerze – ten „rewolucjonista”, który miał nas zbawić od samotności czy lęku – a rodzi się realny człowiek.

W relacjach często przychodzi czas, że idziemy obok siebie, ale nie możemy się „nazwać po imieniu”. To stan zawieszenia po utracie złudzeń. Tak jak uczniowie byli oślepieni żalem po stracie politycznego Mesjasza, tak my bywamy oślepieni bólem, że partner nie wypełnił naszej prywatnej „misji ratunkowej”. Widzimy kogoś „innego” – kogoś, kto nie pasuje do naszych dawnych definicji. Ten brak rozpoznania to mechanizm obronny: „Jeśli nie jesteś tym, kogo wymyśliłam, to znaczy, że Cię nie znam”.

Ale „serca się poruszają”, tylko umysł nie ma z nimi połączenia. To stan, w którym podświadomie wciąż czujemy więź, ta „energia” płynie, ale intelektualna blokada – nasze oczekiwania, pretensje, poczucie zawodu – stawia mur. Rozmawiamy, analizujemy, „idziemy razem”, ale wciąż jesteśmy w osobnych światach. W długich relacjach to nie wielkie deklaracje, ale właśnie mikro gesty niosą najwięcej prawdy: sposób, w jaki ktoś parzy herbatę, specyficzny rytm krojenia chleba, odłożenie widelca w znajomy sposób. W tym ułamku sekundy, przy stole, dociera do nas, że ta „Inność”, która nas przerażała, jest integralną częścią tej samej osoby, którą kochamy.

W drodze do Emaus Chrystus był „Inny”, bo przeszedł przez śmierć. W relacji partner staje się „Inny”, bo przeszedł przez nasze procesy oceniania, ranienia się i wzrastania. Prawdziwe poznanie zaczyna się wtedy, gdy pozwalamy drugiemu człowiekowi być kimś, kogo nie kontrolujemy naszymi oczekiwaniami. Nowe Pesach w relacji to właśnie to przejście: od kochania swojego wyobrażenia o kimś, do pokochania realnego, „innego” człowieka w jego najprostszych, codziennych gestach.

Rozpoznanie „w mgnieniu oka” jest momentem łaski w relacji. Zasłona opada i nagle wiemy: „To Ty. Zawsze tu byłeś, tylko ja szukałam kogoś innego”. To powrót do wspólnego „Wewnętrznego Domu”, gdzie różność nie jest już zagrożeniem, ale fundamentem nowej, dojrzalszej bliskości.

Dlaczego Jezus sobie poszedł, zniknął? Mógł się spieszyć, ale..On przecież może wszystko, skoro zmartwychwstał.

On mógł właśnie chcieć to przekazać: bliskość i inność to dwa te same oblicza ukochanej osoby, która przeszła przez śmierć cudzych oczekiwań. On mógł w ten sposób przeprowadzić uczniów do celu w relacji międzyludzkiej, dać im to samo przykazanie, które już wybrzmiało z Jego ust: miłujcie się nawzajem, ale tym razem przekazane doświadczeniem.

Jego zniknięcie w momencie rozpoznania nie musi być więc ucieczką ani pośpiechem, ale być może najwyższym aktem miłości i zaufania wobec uczniów.

Gdyby Jezus został, uczniowie prawdopodobnie wróciliby do starego schematu: on jest Mistrzem, my jesteśmy pasywnymi słuchaczami; on decyduje, my idziemy za nim. Znikając w chwili, gdy „zasłona opadła”, Jezus zostawia ich z najważniejszym zasobem: z ich własnym doświadczeniem. Zniknął z oczu, by zamieszkać w ich przekonaniu. To moment, w którym ich „Wewnętrzny Dom” wypełnił się pewnością, której nikt już nie mógł im odebrać. Zniknięcie to komunikat: „Już wiecie. Teraz to wasza relacja, wasze życie i wasza odpowiedzialność”. To najtrudniejszy gest miłości – pozwolić komuś odejść od źródła, by sam stał się źródłem. Myślę, że uczniowie musieli stracić Jezusa-Wojownika, Jezusa-Polityka i Jezusa-Cudotwórcę, by spotkać Jezusa-Człowieka, który po prostu łamie chleb. W relacjach między ludźmi to zniknięcie „wyobrażenia” jest bolesne, ale konieczne. Póki partner realizuje nasze oczekiwania, nie widzimy jego, lecz nasz własny projekt na niego. Dopiero gdy ten projekt „umiera” – gdy partner nas zawodzi, zmienia się, staje się „inny” – pojawia się szansa na spotkanie z jego prawdziwą istotą. Jezus, znikając, uczy ich, że miłość nie polega na posiadaniu kogoś na własność. Bliskość to to wspólne łamanie chleba, wspólny stół, znany gest. Natomiast inność jest przestrzenią, której nie rozumiemy, która wymyka się naszym zmysłom, to prawo drugiej osoby do bycia „gdzie indziej”.

To jest właśnie to „nowe przykazanie” przekazane przez doświadczenie: kochać kogoś to uznać jego inność, nie tracąc bliskości.

Można powiedzieć, że On „zrobił im miejsce” w ich własnym życiu. Zniknął, by mogli wstać od stołu (co zrobili natychmiast, wracając do Jerozolimy) i zacząć działać z własnej mocy, z własnego „pałającego serca”. To nie był koniec spotkania – to był moment, w którym to spotkanie stało się ich wewnętrzną siłą.

Uczynienie z tej historii matrycy dla relacji pozwala spojrzeć na każdy kryzys „braku rozpoznania” jako na drogę do Emaus – trudną, pełną żalu, ale prowadzącą do momentu, w którym podanie widelca staje się objawieniem.