„Nie dotykaj mnie”
Jak byłam małą dziewczynką, którejś Paschy mama zaprowadziła mnie w nocy na jutrznię, i nagle w ścisku i tłumie, poczułam nagłą radość, wszechogarniającą. Nie szłam po nią, niczego nie oczekiwałam, pewnie byłam zmęczona. To była pierwsza moja osobista radość w tłumie, niezależna ode mnie. I to wszystko. Tłum, dużo ludzi, to przestrzeń, która mnie przerasta. To co mnie ukorzenia, ustabilnia dzieje się w intymnej relacji, jaką z Chrystusem miała Samarytanka przy studni i Maria Magdalena w ogrodzie po Jego zmartwychwstaniu. Mój Chrystus to najbliższy tajemniczy Ogrodnik, Rabbuni, który z jednej strony dzieli ze mną całą cielesność, z drugiej jest poza moim zasięgiem. Ta nielogiczna sprzeczność jest w moim Chrystusie. Czy Chrystus może być czyjś? Tak i nie. „Idę do Ojca mego, tam, gdzie ja idę, wy iść nie możecie” – mówi swoim uczniom. Do Marii Magdaleny zaś rzekł: „Nie dotykaj mnie”.
Gdy inni się cieszą a ja się smucę to smutek jest znacznie dotkliwszy. Ale Chrystus przychodzi i do pobitych. Ze swoim ciałem po pobiciu i śladami po gwoździach.
W scenie spotkania z Marią Magdalena w ogrodzie Chrystus wyznacza granicę. Nie pozwala na powrót do starego sposobu bycia, do dawnych przyzwyczajeń. Mówi o nowej rzeczywistości. To daje prawo do dystansu.
Chrystus po zmartwychwstaniu nie pozbył się śladów męki. One zostały, stając się częścią Jego nowej tożsamości.
Maria Magdalena spotkała Go w ciszy, w pomyłce, w płaczu. To nie była zbiorowa euforia, ale intymne rozpoznanie po głosie.
Skoro Chrystus przychodzi do pobitych, to wierzę, że przychodzi też do mojej samotności. On nie wymaga żadnych fasad.
Może moja bezradność wobec mojego smutku jest jak ten pusty grób – miejsce, w którym stare już się skończyło, a nowe jeszcze się nie narodziło, ale jest już bezpieczne.
To, że kiedyś poczułam tę czystą radość w cerkwi świadczy o tym, że sacrum jest niezależne od okoliczności.
Maria Magdalena stała tam, w tym ogrodzie, zdezorientowana i oszołomiona, a może i zmęczona, mając w pamięci bliskość fizyczną Chrystusa, namacalną, dającą poczucie bezpieczeństwa. I nagle słyszy: „Nie dotykaj mnie”.
To mogło być przeszywające. To może być moment, w którym miłość musi przestać być oparciem o kogoś, a stać się staniem o własnych siłach w obecności kogoś.
Chrystus zabrania jej dotyku, bo być może ona próbuje go zatrzymać w starej formie. Może chciała go przytulić jako tego, którego straciła. Nowa bliskość chyba musi narodzić się z dystansu, który szanuje rany.
Maria Magdalena była przerażona, a jednak stała najbliżej. To pokazuje, że dezorientacja, bezradność i smutek nie wykluczają z bycia blisko Prawdy.
Maria Magdalena odeszła od grobu sama, ale niosła w sobie głos, którego nikt nie mógł jej odebrać.
„Mario
Rabbuni”
To jedyny dialog, z Chrystusem którego pragnę. Nigdy nie czułam jego wielkiej mocy Syna Bożego. Być może to moja droga, droga kobiety, która odnajduje się w intymnych relacjach z osobami pozwalającymi sobie nie kłamać. Tłum kojarzy mi się z głośnym „Alleluja!” i za tydzień: „Ukrzyżuj go!”.
Jest jeszcze inny fragment Ewangelii, który zawsze był dla mnie niezwykle bliski, nawet jak byłam mała dziewczynką i go w ogóle nie rozumiałam, a jednak jak go słyszałam moja dusza się budziła jak kwiat o poranku: o Samarytance przy studni, która spotkała Chrystusa.
Chrystus, który nie szuka tłumów, ale zatrzymuje się przy konkretnej kobiecie, w samym środku jej codzienności, zmęczenia i skomplikowanej historii życia.
Samarytanka przy studni to kolejna postać, która – podobnie jak Maria Magdalena – spotyka Go w miejscu bez fasad.
Samarytanka przyszła do studni w pełnym słońcu, kiedy było najgoręcej, może po to, by uniknąć spotkania z innymi kobietami, by uniknąć ich szeptów i ocen. Możliwe, że wybrała samotność, by nie musieć konfrontować się z cudzym obrazem jej samej. I właśnie tam, w tym miejscu ucieczki, spotkała Kogoś, kto już na nią czekał. On nie zaczął od pouczeń. Zaczął od prośby: „Daj mi pić”. Odwrócił rolę – to On, „Wielka Moc”, stał się potrzebujący wobec niej. A potem, z niesamowitą delikatnością, dotknął prawdy o jej życiu, o jej „pięciu mężach”. Nie po to, by ją potępić, ale by pokazać: „Widzę cię. Znam prawdę o twoich brakach i poszukiwaniach. Nie musisz przede mną udawać”.
Obiecał jej wodę, po której nie będzie już pragnęła.
Chrystus Spotkania – to Chrystus, który nie boi się smutku, bezradności, ani „strategii na życie”, które okazały się iluzją.
Wiele błędów popełniłam jak Samarytanka i Maria Magdalena, bo byłam zbyt samotna.
Ale jak napisał Nowosielski:
„Chrystus przychodzi tam, gdzie Go się najmniej spodziewamy i wtedy, kiedy Go najmniej oczekujemy”.


No Comments