Śmierć
Siedziałam jak dziś, na tej ławce
miesiąc temu
gdy jeszcze byłaś tu ciałem
jeszcze usłyszałam w telefonie zmieniony przez chorobę,
Twój głos,
jeszcze usłyszałaś mnie,
mimo ciężaru wzajemnej samotności
i chyba dodałam Ci otuchy, uspokoiłam na chwilę..
Ja tu zostałam, choć się bałaś, że wyjechałam,
zostałam, a to czas na Ciebie przyszedł
i Ty odeszłaś
spokojnie
niespokojnie
z cieżarem naszej wspólnej samotności
bez ciężaru wzajemnej odpowiedzialności.
Szukałam miesiąc temu
i szukam dziś
swojej drogi wśród zagubionych w dzieciństwie ścieżek.
Najbardziej najbardziej w tej chwili
tęsknię za Twymi zielonym oczami,
których pierwotny blask i kształt już dawno zabrał Parkinson,
choć śmieją się figlarnie na twarzy mej córki.
Usłyszałam: “Nie obrażaj się na śmierć”
obrażam się
i nie obrażam się.
Obrażam się, bo zniknął Twój głos, ciało, wzrok,
choć Bóg, Parkinson i Ty
przygotowywaliście mnie do ich braku pieczołowicie.
Obrażam się na Parkinsona,
choć i nie chowam urazy, bo
dał mi czas, by przywyknąć do rozłąki z Tobą, do zmiany w kontakcie.
Obrażam się na śmierć,
że w ogóle jest
wraz załącznikami: chorobą i trudem starości,
ale nie chowam do niej urazy,
bo przynosi ulgę i daje wolność.
Obrażam się na śmierć, bo
jest totalna, nieodwracalna, bez nadziei na w tył zwrot,
bezwzględna wobec pretensji, żalu, wściekłości, tęsknoty,
ale i nie chowam urazy, bo
omywa, oczyszcza z ciężaru życia,
koi i leczy,
otula inaczej
otula bez końca
i nie chce nic w zamian
orędowniczka miłości.”

No Comments